No, kawał czasu minął od ostatniej notki... Czas więc napisać coś nowego. Chyba powinnam trochę podsumować ostatnie dwa miesiące, w których miałam w końcu czas dla siebie.
Po skończonych egzaminach zaczęłam nadrabiać kontakty z moimi znajomymi, których trochę zaniedbałam przez focusowanie się na nauce. Potem był czas lekkiej przerwy, chillu i próby ustawienia swoich priorytetów na wakacje. Potem był czas... niczego. Nastała wielka nicość, która trwała i trwała - jakbym zapadła w letarg, sen zimowy, czy jakby opętał mnie jakiś demon lenistwa i nieróbstwa. Tak naprawdę muszę podsumować te wakacje szczerze - zmarnowałam tyle czasu, że jestem pod wrażeniem swojego talentu do marnowania swojego życia.
Nadszedł dzień, w którym wstałam z bólem głowy i wkurwieniem na samą siebie ("dlaczego znowu siedziałam do 3?!") i zadałam sobie ważne pytanie - czy moje życie mi odpowiada? Czy to nie jest czasem ten moment, w którym warto coś zmienić?
Odpowiedź była oczywista - czas na zmiany.
Nie wiem, czy nadal będę prowadzić bloga, a najprościej mówiąc zastanawiam się, czy nie zmieni się w coś nieco innego. Chciałabym chyba zmienić (czytaj - rozszerzyć) jego tematykę. Nie wiem, czy nie będę się brać za coś nowego. W moim życiu niedługo będzie dużo wolnego czasu i miejsca na szaleństwa i nowości, więc myślę o prowadzeniu nowej działalności internetowej. Na razie nie będę dokładnie dzielić się moimi planami, ale przyjdzie na to pora. Chciałabym też wrócić do fotografowania i zacząć (w końcu) robić muzę. Plany i zapały wielkie, a co z tego wyjdzie - zobaczymy.
piątek, 14 sierpnia 2015
piątek, 5 czerwca 2015
Krótka rozprawa o miłości
Nie rozumiem ludzi.
Moja notka - ze względów wiadomych - będzie napisana z perspektywy kobiety. Ba, kobiety, która jest singielką z wyboru. Nie szuka faceta, nie chce być w związku. Żyje ze sobą w zgodzie, jest jej tak dobrze i nie zamieniłaby swojego życia na żadne inne. Ponad to jest nieco sfrustrowana upadkiem swoich ideałów, które do tej pory wydawały jej się żelazne i całkowicie uzasadnione.
Z pewnego punktu widzenia można stwierdzić, że jestem frustratką. Starą panną, która jest sfrustrowana zachowaniem innych ludzi. Pomimo, że jesteśmy zbudowani bardzo podobnie, nie jestem w stanie zrozumieć pewnych mechanizmów; zachowań, które przyprawiają mnie o mdłości.
Dlaczego ludzie są razem?
Jest parę odpowiedzi, które wydają się sensowne. Kieruje nimi miłość - a raczej hormony, które rzekomo wydzielają się w ludzkim mózgu pod wpływem zakochania. Jak powszechnie wiadomo, ludzie zakochani nie myślą racjonalnie. Nie widzą wad swojej drugiej połówki, nie zauważają toksycznych zachowań swojego partnera. To jest całkowicie zrozumiałe.
Każdy z nas ma jednak jakieś kryteria, którymi kieruje się przy wyborze drugiej osoby. Czasami są to kwestie zewnętrzne - wygląd, styl ubierania, sposób zachowania, pieniądze. Czasami patrzymy na czyjeś wnętrze - inteligencje, poglądy, ideały.
Lecz dlaczego, do cholery jasnej, większość facetów mówi "wygląd nie jest istotny, liczy się co dziewczyna ma w głowie, jej sposób myślenia, podobne poczucie humoru"? Dlaczego potem zaczynacie spotykać się z wysokimi, długonogimi laskami, które nie mają zbyt wiele do powiedzenia - za to mają do zaoferowania pełny portfel i średnio urodziwą twarz (no i zawsze rozchylone usta i nogi)? Dlaczego próbujecie kreować się na rycerzy na białym koniu, a jesteście tylko marnymi kopiami własnych, udawanych ideałów?
Mówienie o poszukiwaniu inteligentnych kobiet stało się modne. Niestety, z autopsji mogę stwierdzić, że w kwestiach damsko-męskich inteligencja często staje się przywarą, a nie zaletą. W obserwowaniu ludzi jest podobnie. Można więcej zrozumieć, ale czasami ogarnianie tego świata staje się męczące.
Moja notka - ze względów wiadomych - będzie napisana z perspektywy kobiety. Ba, kobiety, która jest singielką z wyboru. Nie szuka faceta, nie chce być w związku. Żyje ze sobą w zgodzie, jest jej tak dobrze i nie zamieniłaby swojego życia na żadne inne. Ponad to jest nieco sfrustrowana upadkiem swoich ideałów, które do tej pory wydawały jej się żelazne i całkowicie uzasadnione.
Z pewnego punktu widzenia można stwierdzić, że jestem frustratką. Starą panną, która jest sfrustrowana zachowaniem innych ludzi. Pomimo, że jesteśmy zbudowani bardzo podobnie, nie jestem w stanie zrozumieć pewnych mechanizmów; zachowań, które przyprawiają mnie o mdłości.
Dlaczego ludzie są razem?
Jest parę odpowiedzi, które wydają się sensowne. Kieruje nimi miłość - a raczej hormony, które rzekomo wydzielają się w ludzkim mózgu pod wpływem zakochania. Jak powszechnie wiadomo, ludzie zakochani nie myślą racjonalnie. Nie widzą wad swojej drugiej połówki, nie zauważają toksycznych zachowań swojego partnera. To jest całkowicie zrozumiałe.
Każdy z nas ma jednak jakieś kryteria, którymi kieruje się przy wyborze drugiej osoby. Czasami są to kwestie zewnętrzne - wygląd, styl ubierania, sposób zachowania, pieniądze. Czasami patrzymy na czyjeś wnętrze - inteligencje, poglądy, ideały.
Lecz dlaczego, do cholery jasnej, większość facetów mówi "wygląd nie jest istotny, liczy się co dziewczyna ma w głowie, jej sposób myślenia, podobne poczucie humoru"? Dlaczego potem zaczynacie spotykać się z wysokimi, długonogimi laskami, które nie mają zbyt wiele do powiedzenia - za to mają do zaoferowania pełny portfel i średnio urodziwą twarz (no i zawsze rozchylone usta i nogi)? Dlaczego próbujecie kreować się na rycerzy na białym koniu, a jesteście tylko marnymi kopiami własnych, udawanych ideałów?
Mówienie o poszukiwaniu inteligentnych kobiet stało się modne. Niestety, z autopsji mogę stwierdzić, że w kwestiach damsko-męskich inteligencja często staje się przywarą, a nie zaletą. W obserwowaniu ludzi jest podobnie. Można więcej zrozumieć, ale czasami ogarnianie tego świata staje się męczące.
"Żeby mieć powodzenie w życiu kobieta winna być na tyle wykształcona,
żeby przyciągać głupich mężczyzn i na tyle wulgarna, by kusić inteligentnych."
(Jeanne Moreau)
piątek, 22 maja 2015
Ostatnio nie mogę się poskładać do kupy. Czuję się jakby kawałki mnie leżały niechlujnie porozrzucane po wszystkich najciemniejszych kątach mojego mieszkania. Nie pisałam, bo nie chciałam pisać o niczym. Po co mam otwierać nowe okienko na notkę, skoro nie mam nic do powiedzenia?
Poprzedni miesiąc, tak jak i kolejny, zapowiadał się lepiej, niż w rzeczywistości wyglądał. Mój mózg chce poruszyć zdecydowanie za wiele kwestii w jednym momencie. Chciałabym czasami móc wyzwolić się od myślenia - zająć się prawdziwym problemem, jakim jest niedosłodzona kawa, a porzucić myślenie na całkiem poważne i całkiem ważne tematy.
Czas otrząsnąć się z życiowego letargu i wrócić tutaj z pełnym impetem. Zająć się wszystkim, tylko nie tym, co powinnam zrobić w pierwszej kolejności. Czyli blogiem.
Poprzedni miesiąc, tak jak i kolejny, zapowiadał się lepiej, niż w rzeczywistości wyglądał. Mój mózg chce poruszyć zdecydowanie za wiele kwestii w jednym momencie. Chciałabym czasami móc wyzwolić się od myślenia - zająć się prawdziwym problemem, jakim jest niedosłodzona kawa, a porzucić myślenie na całkiem poważne i całkiem ważne tematy.
Czas otrząsnąć się z życiowego letargu i wrócić tutaj z pełnym impetem. Zająć się wszystkim, tylko nie tym, co powinnam zrobić w pierwszej kolejności. Czyli blogiem.
niedziela, 19 kwietnia 2015
Kolejny dzień mija jak każdy inny. Wstaję, robię sobie kawę, siadam do komputera. Odpalam facebooka. Sprawdzam, co ominęło mnie w kolejny piątkowy wieczór. Po raz kolejny spędziłam go przed telewizorem, trzymając w ręce piwo i jedząc przesolony popcorn. Moje wieczory zazwyczaj tak wyglądają. Niektórzy powiedzieliby - jesteś nudna. Może jestem nudna, ale lubię swoje życie. Jestem zmęczona całym swoim jestestwem, dniami spędzonymi pośród ludzi. Chcę odpocząć, złapać oddech. Zrobić coś dla siebie. Nadrobić zaległości filmowe, przeczytać gazety odłożone na potem. Chcę spróbować znaleźć swoją wewnętrzną stabilizację, odnaleźć sposób na utrzymanie równowagi na tej cienkiej linie życia.
Cały czas uczę się słuchać, być, egzystować i tolerować drugiego człowieka. Dawać komuś poczucie zrozumienia. Nie jestem osobą, która takie umiejętności dostała w pakiecie startowym życia (bardziej określiłabym się jako zupełnie nieprzystosowaną społecznie). Bardzo cenię swoją niezależność. Nie lubię kiedy ktoś próbuje wymóc na mnie cokolwiek. Lubię móc zrobić to, na co mam w danej chwili ochotę, bez patrzenia na czyjeś zdanie. Niestety niewielu ludzi potrafi to zrozumieć i się do tego zastosować. Ludzie lubią wchodzić w czyjeś życie z butami, próbować na siłę kogoś umoralniać i dawać mu "cenne" wskazówki.
Nie chodzi też o to, że nie lubię ludzi. Owszem, lubię, ale w odpowiednich ilościach. Każde dłuższe spotkanie kończy się wewnętrznym balansowaniem i niechęcią do wychodzenia z domu przez parę kolejnych dni. Taka jestem. Ludzie, którzy są mi bardzo bliscy, mogą być przy mnie bardziej i więcej, chociaż nigdy nie jest to całkowita obecność - zawsze zostaje ten margines, który jest moją świątynią samotności.
Często ludzie są przeze mnie podświadomie odsuwani, czasami bez wyraźnej przyczyny. Po prostu czuję, że jakaś znajomość może zostawić na moim ciele blizny, których nie sposób się pozbyć. Lubię być otoczona przez ludzi, którzy potrafią zrozumieć moje dziwactwa. Mogę do nich zadzwonić o 4 nad ranem i powiedzieć "kochanie, nie radzę sobie" i wiem, że nadal będą po drugiej stronie telefonu.
Najważniejsze to w całym swoim dziwactwie odnaleźć swój spokój, równowagę i sposób na utrzymanie złych emocji na wodzy. Być sobą pośród ludzi, którym poświęcamy swój wolny czas. Jeżeli chcemy zostać sami i zadbać o siebie - zróbmy to.
Cały czas uczę się słuchać, być, egzystować i tolerować drugiego człowieka. Dawać komuś poczucie zrozumienia. Nie jestem osobą, która takie umiejętności dostała w pakiecie startowym życia (bardziej określiłabym się jako zupełnie nieprzystosowaną społecznie). Bardzo cenię swoją niezależność. Nie lubię kiedy ktoś próbuje wymóc na mnie cokolwiek. Lubię móc zrobić to, na co mam w danej chwili ochotę, bez patrzenia na czyjeś zdanie. Niestety niewielu ludzi potrafi to zrozumieć i się do tego zastosować. Ludzie lubią wchodzić w czyjeś życie z butami, próbować na siłę kogoś umoralniać i dawać mu "cenne" wskazówki.
Nie chodzi też o to, że nie lubię ludzi. Owszem, lubię, ale w odpowiednich ilościach. Każde dłuższe spotkanie kończy się wewnętrznym balansowaniem i niechęcią do wychodzenia z domu przez parę kolejnych dni. Taka jestem. Ludzie, którzy są mi bardzo bliscy, mogą być przy mnie bardziej i więcej, chociaż nigdy nie jest to całkowita obecność - zawsze zostaje ten margines, który jest moją świątynią samotności.
Często ludzie są przeze mnie podświadomie odsuwani, czasami bez wyraźnej przyczyny. Po prostu czuję, że jakaś znajomość może zostawić na moim ciele blizny, których nie sposób się pozbyć. Lubię być otoczona przez ludzi, którzy potrafią zrozumieć moje dziwactwa. Mogę do nich zadzwonić o 4 nad ranem i powiedzieć "kochanie, nie radzę sobie" i wiem, że nadal będą po drugiej stronie telefonu.
Najważniejsze to w całym swoim dziwactwie odnaleźć swój spokój, równowagę i sposób na utrzymanie złych emocji na wodzy. Być sobą pośród ludzi, którym poświęcamy swój wolny czas. Jeżeli chcemy zostać sami i zadbać o siebie - zróbmy to.
czwartek, 9 kwietnia 2015
Czuję się dosyć rozbity i nie jestem pewien, czy wokół
mnie leżą wszystkie kawałki bym mógł się znów pobierać.
(Jay Crownover - "Zaryzykuj ze mną")Czasami zastanawiam się, w jaki sposób można radzić sobie z porażkami. W jaki sposób, będąc człowiekiem rozpieprzonym na milion malutkich kawałków złożyć się na nowo, dbając oczywiście o strukturę naszej duszy? Każdy z nas ma takie momenty. Nagle czujemy się, jakbyśmy stanęli przed wielkim kanionem zaprzepaszczonych szans i zignorowanych szturchnięć intuicji, lecz nigdzie nie widać kładki.
Jestem osobą, która dość często ma skoki nastrojów. W ogóle nie potrafię nad tym panować. Ze stanu nadmiernej euforii i chęci zawładnięcia całym światem przeistaczam się w chodzącą kulę gazową. Nie wiem dlaczego i kiedy moje emocje potrafią zmienić się tak diametralnie. Jak to możliwe, że nadal jestem i nadal potrafię?
Za każdym razem, kiedy mam ochotę się załamać myślę o tym, ilu osobom dałoby to satysfakcję. Pomaga natychmiastowo.
sobota, 4 kwietnia 2015
Tydzień minął zadecydowanie zbyt szybko. Wczoraj spróbowałam spakować całe swoje przenośne życie do walizki i wróciłam do rodzinnego domu. Jak zwykle - przywitała mnie cisza, spokój i kot ocierający się o moje nogi.
Zawsze, gdy wracam w rodzinne strony, mam wrażenie, jakby tutaj ludzie byli zupełnie z innej gliny. Pierwsza rzecz, na którą zawsze zwracam uwagę, to prędkość, z którą się poruszają (a właściwie jej brak). Patrząc na nich, mam wrażenie, że w porównaniu z mieszkańcami Warszawy są bardzo mało zestresowani. Życie tutaj toczy się zdecydowanie, ale o wiele wolniej. Ponad to, bardzo wcześnie umiera - miasto koło 20 kładzie się spać i przerywa stan uśpienia dopiero przed 7 rano.
Dlaczego w takim razie Warszawa mi pasuje, skoro wychowałam się w małym, spokojnym mieście? Może dlatego że tutaj zawsze mi czegoś brakowało. Chciałam żyć dynamicznie, marzyłam o wielkiej karierze fotografa, sesjach dla agencji i różnych znanych gazet. Chciałam być jedną z osób sukcesu, bywać, poznawać mnóstwo ludzi i mieć w końcu ciekawe życie. Ciekawe życie, hm. Patrząc na mój obecny typowy plan dnia mogę stwierdzić - nic z tego nie wyszło. Nie mam czasu na fotografię, na poznawanie ludzi, ani tym bardziej na bywanie w modnych klubach częściej niż raz w miesiącu. Nadal natomiast mam nadzieję, że już niedługo to się zmieni i będę mogła czerpać z uroków Warszawy pełnymi garściami. Uwielbiam wracać do domu, ale nie na długo - odpocząć, naładować akumulatory i wrócić do życia na wysokich obrotach. Wtedy czuję, że żyję.
czwartek, 2 kwietnia 2015
Jest druga w nocy. Ulice pokryte są warstwą deszczu. Jest pusto, ciemno, głucho. Jak zwykle o tej porze siedzę na balkonie i delektuje się warszawską ciszą i spokojem. Nie lubię spać. W nocy powietrze jest jakby lżejsze, mniej duszące, co sprzyja pracy moich zwojów mózgowych. Godzinami wpatruje się w zamroczony nocą świat, układam sobie wszystko w głowie. Codziennie od nowa, burzę i buduje. Właściwie nie potrzebuje dużo snu, zdarzają się noce całkowicie przytomne. Chciałabym to wszystko poukładać, usystematyzować, po kolei, kawałek po kawałeczku (i te chęci zawsze wracają w nocy, zazwyczaj grubo po północy).
Przemyślenie na dziś: chciałabym się inspirować. Szukać, poznawać, chłonąć świat maksymalnie. Muszę spróbować obudzić się z mojego transu, przestać balansować na granicy jawy i snu. Chcę spróbować żyć całą sobą.
Przemyślenie na dziś: chciałabym się inspirować. Szukać, poznawać, chłonąć świat maksymalnie. Muszę spróbować obudzić się z mojego transu, przestać balansować na granicy jawy i snu. Chcę spróbować żyć całą sobą.
środa, 1 kwietnia 2015
Dać czasowi czas
Czasami zwyczajnie potrzebuje oczyszczenia. Czasami wystarczy chwilowe wyłączenie się od codziennych głupot - włączenie dobrej muzyki i zatopienie się we własnej galaktyce stworzonej z kołdry i ulubionej poduszki. Zdarza się, że przerwy, pomimo że planowo są niezbyt rozległe, rozrastają się w naszym życiu jak niechciane chwasty. U mnie tak było z fotografią. Z dnia na dzień poczułam, że nie daje sobie ze wszystkim rady, że jest mnie za mało tutaj i teraz, a jestem rozdzielona pomiędzy wszystkimi swoimi zobowiązaniami i planami. Nie chciałam już dłużej żyć pomiędzy i postanowiłam odłożyć ją na potem. Teraz mogę powiedzieć to głośno - nigdy nie wiedziałam, czy w ogóle wrócę do fotografowania. Dałam sobie czas, pozwoliłam dojrzeć do decyzji, jak chciałabym fotografować i jakie właściwie są moje plany. Byłam pewna - poczuję, kiedy będę chciała wrócić. Chyba czas najwyższy odkurzyć aparat i spróbować posegregować swoje pomysły.
Jestem jedną z osób, które biorą sobie milion spraw na barki, a potem zastanawiają się - jak? kiedy? Kiedy mam znaleźć czas dla siebie, kiedy spotkać się ze znajomymi? Świat wymaga od nas biegania, zajmowania się wszystkim, przeciążania siebie. Cała machina dzisiejszej cywilizacji nie uczy nas czerpania przyjemności z tego, co nas otacza. Chcemy dążyć do ideałów. Często ich ramy są tak wyśrubowane, że możemy wypruwać sobie żyły, a i tak nie osiągniemy perfekcji. Mamy bardzo wysokie ambicje.
Ja odważyłam się powiedzieć - mam dość. Nie chcę już biegać w kółko próbować ogarnąć wszystkiego na raz, ba, udawać że potrafię to ogarnąć. Nie potrafię. Jestem tylko człowiekiem. Potrzebuję spokoju, ciepła, swojego towarzystwa. Chcę mieć czas, żeby siąść z dobrą, aromatyczną herbatą i bez patrzenia na jakikolwiek plan - godzin telewizyjnych programów, audycji w radiu - czytać. Zgłębiać lekturę w swoim własnym, żółwim, esencjonalnym tempie. Chce być, po prostu. Nie biegać, nie miotać się.
Jeśli czujesz się, jakby pierwsza część notki była o tobie - zwolnij. Zajmij się sobą. SOBĄ. Spróbuj porzucić próby zbawienia świata i osiągnięcia wszystkiego. Chociaż na jeden wieczór zbaw siebie samego.
Jestem jedną z osób, które biorą sobie milion spraw na barki, a potem zastanawiają się - jak? kiedy? Kiedy mam znaleźć czas dla siebie, kiedy spotkać się ze znajomymi? Świat wymaga od nas biegania, zajmowania się wszystkim, przeciążania siebie. Cała machina dzisiejszej cywilizacji nie uczy nas czerpania przyjemności z tego, co nas otacza. Chcemy dążyć do ideałów. Często ich ramy są tak wyśrubowane, że możemy wypruwać sobie żyły, a i tak nie osiągniemy perfekcji. Mamy bardzo wysokie ambicje.
Ja odważyłam się powiedzieć - mam dość. Nie chcę już biegać w kółko próbować ogarnąć wszystkiego na raz, ba, udawać że potrafię to ogarnąć. Nie potrafię. Jestem tylko człowiekiem. Potrzebuję spokoju, ciepła, swojego towarzystwa. Chcę mieć czas, żeby siąść z dobrą, aromatyczną herbatą i bez patrzenia na jakikolwiek plan - godzin telewizyjnych programów, audycji w radiu - czytać. Zgłębiać lekturę w swoim własnym, żółwim, esencjonalnym tempie. Chce być, po prostu. Nie biegać, nie miotać się.
Jeśli czujesz się, jakby pierwsza część notki była o tobie - zwolnij. Zajmij się sobą. SOBĄ. Spróbuj porzucić próby zbawienia świata i osiągnięcia wszystkiego. Chociaż na jeden wieczór zbaw siebie samego.
niedziela, 29 marca 2015
Dzisiejszy dzień minął bez żadnych zawirowań. Słońce obudziło mnie rano, po czym uciekło zdecydowanie zbyt szybko. Cały dzień przelał mi się między palcami i znów kończę go zdecydowanie za późno i zdecydowanie zbyt leniwie. (Postanowiłam dodać fragment, który napisałam już wcześniej, bo nie mam już nic mądrego do powiedzenia.)
Jest po północy. Grubo po północy. Siedzę na krześle ze skrzyżowanymi nogami, wpatrzona w nic. Czekam, aż wrócisz. Wczoraj też czekałam. I czekam tak każdego dnia, każdego kolejnego wieczoru, każdej nocy, głaszcząc zaniepokojoną nadzieję leżącą mi na kolanach. Widzisz, nawet ona się boi, nawet ona już niczego nie jest pewna. Można powiedzieć, że odkąd odszedłeś jesteśmy przyjaciółkami, pomimo że ona tylko słucha. I milczy. Przeczekałam już cały bezkres, ale ile można czekać? My wszyscy kiedyś umrzemy - nadzieja też. I co wtedy? Kto będzie na Ciebie czekał? Kto będzie czekał na mnie?
Jest po północy. Grubo po północy. Siedzę na krześle ze skrzyżowanymi nogami, wpatrzona w nic. Czekam, aż wrócisz. Wczoraj też czekałam. I czekam tak każdego dnia, każdego kolejnego wieczoru, każdej nocy, głaszcząc zaniepokojoną nadzieję leżącą mi na kolanach. Widzisz, nawet ona się boi, nawet ona już niczego nie jest pewna. Można powiedzieć, że odkąd odszedłeś jesteśmy przyjaciółkami, pomimo że ona tylko słucha. I milczy. Przeczekałam już cały bezkres, ale ile można czekać? My wszyscy kiedyś umrzemy - nadzieja też. I co wtedy? Kto będzie na Ciebie czekał? Kto będzie czekał na mnie?
piątek, 27 marca 2015
Początki zawsze są trudne
Zablokowano mnie pomiędzy niechęcią a niemocą. Zabrano wszystko, co stanowiło wartość w moim poturbowanym wnętrzu. Jestem pusta. JA - umarłam, pomimo że nadal potrafię unosić powieki. Nadal oddycham i nadal pozornie czuje. Pozornie jestem. Gdy się do mnie uśmiechniesz, odwrócę wzrok. Jak to jest, kiedy to nie tylko praca mięśni, a ciepło w sercu?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



