niedziela, 19 kwietnia 2015

Kolejny dzień mija jak każdy inny. Wstaję, robię sobie kawę, siadam do komputera. Odpalam facebooka. Sprawdzam, co ominęło mnie w kolejny piątkowy wieczór. Po raz kolejny spędziłam go przed telewizorem, trzymając w ręce piwo i jedząc przesolony popcorn. Moje wieczory zazwyczaj tak wyglądają. Niektórzy powiedzieliby - jesteś nudna. Może jestem nudna, ale lubię swoje życie. Jestem zmęczona całym swoim jestestwem, dniami spędzonymi pośród ludzi. Chcę odpocząć, złapać oddech. Zrobić coś dla siebie. Nadrobić zaległości filmowe, przeczytać gazety odłożone na potem. Chcę spróbować znaleźć swoją wewnętrzną stabilizację, odnaleźć sposób na utrzymanie równowagi na tej cienkiej linie życia.

Cały czas uczę się słuchać, być, egzystować i tolerować drugiego człowieka. Dawać komuś poczucie zrozumienia. Nie jestem osobą, która takie umiejętności dostała w pakiecie startowym życia (bardziej określiłabym się jako zupełnie nieprzystosowaną społecznie). Bardzo cenię swoją niezależność. Nie lubię kiedy ktoś próbuje wymóc na mnie cokolwiek. Lubię móc zrobić to, na co mam w danej chwili ochotę, bez patrzenia na czyjeś zdanie. Niestety niewielu ludzi potrafi to zrozumieć i się do tego zastosować. Ludzie lubią wchodzić w czyjeś życie z butami, próbować na siłę kogoś umoralniać i dawać mu "cenne" wskazówki.

Nie chodzi też o to, że nie lubię ludzi. Owszem, lubię, ale w odpowiednich ilościach. Każde dłuższe spotkanie kończy się wewnętrznym balansowaniem i niechęcią do wychodzenia z domu przez parę kolejnych dni. Taka jestem. Ludzie, którzy są mi bardzo bliscy, mogą być przy mnie bardziej i więcej, chociaż nigdy nie jest to całkowita obecność - zawsze zostaje ten margines, który jest moją świątynią samotności.

Często ludzie są przeze mnie podświadomie odsuwani, czasami bez wyraźnej przyczyny. Po prostu czuję, że jakaś znajomość może zostawić na moim ciele blizny, których nie sposób się pozbyć. Lubię być otoczona przez ludzi, którzy potrafią zrozumieć moje dziwactwa. Mogę do nich zadzwonić o 4 nad ranem i powiedzieć "kochanie, nie radzę sobie" i wiem, że nadal będą po drugiej stronie telefonu.

Najważniejsze to w całym swoim dziwactwie odnaleźć swój spokój, równowagę i sposób na utrzymanie złych emocji na wodzy. Być sobą pośród ludzi, którym poświęcamy swój wolny czas. Jeżeli chcemy zostać sami i zadbać o siebie - zróbmy to.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Czuję się dosyć rozbity i nie jestem pewien, czy wokół 
mnie leżą wszystkie kawałki bym mógł się znów pobierać.
                                                   (Jay Crownover - "Zaryzykuj ze mną")

Czasami zastanawiam się, w jaki sposób można radzić sobie z porażkami. W jaki sposób, będąc człowiekiem rozpieprzonym na milion malutkich kawałków złożyć się na nowo, dbając oczywiście o strukturę naszej duszy? Każdy z nas ma takie momenty. Nagle czujemy się, jakbyśmy stanęli przed wielkim kanionem zaprzepaszczonych szans i zignorowanych szturchnięć intuicji, lecz nigdzie nie widać kładki. 

Jestem osobą, która dość często ma skoki nastrojów. W ogóle nie potrafię nad tym panować. Ze stanu nadmiernej euforii i chęci zawładnięcia całym światem przeistaczam się w chodzącą kulę gazową. Nie wiem dlaczego i kiedy moje emocje potrafią zmienić się tak diametralnie. Jak to możliwe, że nadal jestem i nadal potrafię? 

Za każdym razem, kiedy mam ochotę się załamać myślę o tym, ilu osobom dałoby to satysfakcję. Pomaga natychmiastowo.






sobota, 4 kwietnia 2015

Tydzień minął zadecydowanie zbyt szybko. Wczoraj spróbowałam spakować całe swoje przenośne życie do walizki i wróciłam do rodzinnego domu. Jak zwykle - przywitała mnie cisza, spokój i kot ocierający się o moje nogi. 

Zawsze, gdy wracam w rodzinne strony, mam wrażenie, jakby tutaj ludzie byli zupełnie z innej gliny. Pierwsza rzecz, na którą zawsze zwracam uwagę, to prędkość, z którą się poruszają (a właściwie jej brak). Patrząc na nich, mam wrażenie, że w porównaniu z mieszkańcami Warszawy są bardzo mało zestresowani. Życie tutaj toczy się zdecydowanie, ale o wiele wolniej. Ponad to, bardzo wcześnie umiera - miasto koło 20 kładzie się spać i przerywa stan uśpienia dopiero przed 7 rano.

Dlaczego w takim razie Warszawa mi pasuje, skoro wychowałam się w małym, spokojnym mieście? Może dlatego że tutaj zawsze mi czegoś brakowało. Chciałam żyć dynamicznie, marzyłam o wielkiej karierze fotografa, sesjach dla agencji i różnych znanych gazet. Chciałam być jedną z osób sukcesu, bywać, poznawać mnóstwo ludzi i mieć w końcu ciekawe życie. Ciekawe życie, hm. Patrząc na mój obecny typowy plan dnia mogę stwierdzić - nic z tego nie wyszło. Nie mam czasu na fotografię, na poznawanie ludzi, ani tym bardziej na bywanie w modnych klubach częściej niż raz w miesiącu. Nadal natomiast mam nadzieję, że już niedługo to się zmieni i będę mogła czerpać z uroków Warszawy pełnymi garściami. Uwielbiam wracać do domu, ale nie na długo - odpocząć, naładować akumulatory i wrócić do życia na wysokich obrotach. Wtedy czuję, że żyję.




czwartek, 2 kwietnia 2015

Jest druga w nocy. Ulice pokryte są warstwą deszczu. Jest pusto, ciemno, głucho. Jak zwykle o tej porze siedzę na balkonie i delektuje się warszawską ciszą i spokojem. Nie lubię spać. W nocy powietrze jest jakby lżejsze, mniej duszące, co sprzyja pracy moich zwojów mózgowych. Godzinami wpatruje się w zamroczony nocą świat, układam sobie wszystko w głowie. Codziennie od nowa, burzę i buduje. Właściwie nie potrzebuje dużo snu, zdarzają się noce całkowicie przytomne. Chciałabym to wszystko poukładać, usystematyzować, po kolei, kawałek po kawałeczku (i te chęci zawsze wracają w nocy, zazwyczaj grubo po północy).

Przemyślenie na dziś: chciałabym się inspirować. Szukać, poznawać, chłonąć świat maksymalnie. Muszę spróbować obudzić się z mojego transu, przestać balansować na granicy jawy i snu. Chcę spróbować żyć całą sobą.


środa, 1 kwietnia 2015

Dać czasowi czas

Czasami zwyczajnie potrzebuje oczyszczenia. Czasami wystarczy chwilowe wyłączenie się od codziennych głupot - włączenie dobrej muzyki i zatopienie się we własnej galaktyce stworzonej z kołdry i ulubionej poduszki. Zdarza się, że przerwy, pomimo że planowo są niezbyt rozległe, rozrastają się w naszym życiu jak niechciane chwasty. U mnie tak było z fotografią. Z dnia na dzień poczułam, że nie daje sobie ze wszystkim rady, że jest mnie za mało tutaj i teraz, a jestem rozdzielona pomiędzy wszystkimi swoimi zobowiązaniami i planami. Nie chciałam już dłużej żyć pomiędzy i postanowiłam odłożyć ją na potem. Teraz mogę powiedzieć to głośno - nigdy nie wiedziałam, czy w ogóle wrócę do fotografowania. Dałam sobie czas, pozwoliłam dojrzeć do decyzji, jak chciałabym fotografować i jakie właściwie są moje plany. Byłam pewna - poczuję, kiedy będę chciała wrócić. Chyba czas najwyższy odkurzyć aparat i spróbować posegregować swoje pomysły.


Jestem jedną z osób, które biorą sobie milion spraw na barki, a potem zastanawiają się - jak? kiedy? Kiedy mam znaleźć czas dla siebie, kiedy spotkać się ze znajomymi? Świat wymaga od nas biegania, zajmowania się wszystkim, przeciążania siebie. Cała machina dzisiejszej cywilizacji nie uczy nas czerpania przyjemności z tego, co nas otacza. Chcemy dążyć do ideałów. Często ich ramy są tak wyśrubowane, że możemy wypruwać sobie żyły, a i tak nie osiągniemy perfekcji. Mamy bardzo wysokie ambicje.

Ja odważyłam się powiedzieć - mam dość. Nie chcę już biegać w kółko próbować ogarnąć wszystkiego na raz, ba, udawać że potrafię to ogarnąć. Nie potrafię. Jestem tylko człowiekiem. Potrzebuję spokoju, ciepła, swojego towarzystwa. Chcę mieć czas, żeby siąść z dobrą, aromatyczną herbatą i bez patrzenia na jakikolwiek plan - godzin telewizyjnych programów, audycji w radiu - czytać. Zgłębiać lekturę w swoim własnym, żółwim, esencjonalnym tempie. Chce być, po prostu. Nie biegać, nie miotać się.
Jeśli czujesz się, jakby pierwsza część notki była o tobie - zwolnij. Zajmij się sobą. SOBĄ. Spróbuj porzucić próby zbawienia świata i osiągnięcia wszystkiego. Chociaż na jeden wieczór zbaw siebie samego.