Czasami czas przepływa mi przez palce tak szybko, że zanim zdążę się zorientować, który mamy dzień tygodnia, on już zaczyna się zapętlać. Jest już następna środa, następny poniedziałek, a ja nadal jestem w tym samym miejscu i nie mam ochoty robić kroku w przód. Nie lubię grać w życie wbrew sobie, dlatego w momencie, gdy marazm wypełnia je całe, pozwalam mu nim rządzić. To on robi śniadanie (albo i nie), parzy poranną kawę i wypala papierosa, który ma za zadanie pobudzić zmęczone komórki do życia (no i chyba nie muszę dodawać, że zazwyczaj ta metoda nie dziala w ogóle, lub działa bardzo miernie).
Jestem trochę obok. Obok społeczeństwa, obok marzeń i pragnień typowego człowieka. Obok mediów. Nie staram się nawet udawać osoby, która chciałaby mieć pracę w korporacji, w której mogłaby piąć się po szczeblach kariery i budować fundamenty na przyszłość swojej rodziny. Staram się nie postrzegać życia czyimiś oczami. Droga, którą postanowiłam obrać w życiu jest moim autorskim pomysłem na wędrówkę - nie omijam najbardziej niebezpiecznych wąwozów, najbardziej zaskakujących fragmentów na mapie, oraz miejsc, które dla większości osób są bezsensownymi przystankami pośrodku nicości.
Tak swoją drogą, to naprawdę lubię nicość. W nicości jest spokój. Miejsce na powolne myślenie i egzaltowanie się rzeczami, które na co dzień są tylko puzlami w układance.
wtorek, 23 lutego 2016
piątek, 5 lutego 2016
Czasami tak jest, że sami się spalamy.
Wstajemy rano, podnosimy głowę i nagle uświadamiamy sobie, że ten dzień będzie naprawdę ciężki. Że w kwestii cierpienia, rejonów, których nie znamy, zostało niewiele, a i tak zostajemy postawieni przed kolejną próbą. Kolejny raz dzień zsyła na nas bezmoc, z którą nawet nie ma sensu walczyć.
Smutek nie jest piętnem. Trzeba się umieć smucić. Wypracowanie tej umiejętności często zajmuje szmat czasu, tak jak umiejętność przyjmowania ciosów prosto w, i tak poranioną wcześniej, twarz. Chętnie byśmy się odwrócili, uciekli od możliwej porażki, automatycznie wykluczając możliwość nabycia kolejnych blizn. Blizny są potrzebne. Tak samo jak smutek. Nie możemy wiecznie zachowywać się jak rozbawieni gimnazjaliści, których w okresie dojrzewania bawi byle gówno. Jak laleczki w teatrze życia. Na ich twarzach namalowany jest idealny uśmiech. Piękny widok, ale nie ma nic wspólnego z prawdą. A to o prawdę w życiu chodzi.
Musisz czasami dostać od życia w ryj, żeby potem pozbierać się i mieć dwa razy więcej siły. Musisz czuć, rozumieć, przeżywać. Musisz się smucić. Jesteśmy ludźmi, mamy mózgi i swoje odczucia. Nie warto zakładać na swoją twarz maski uśmiechniętego kretyna. Ze smutkiem można się oswoić, nauczyć funkcjonować z nim, przebywać w jego towarzystwie.
Nasze otoczenie wywiera na nas presje. Musimy udawać ludzi silnych, niezależnych; takich, których nic nie jest w stanie złamać. Stajemy się aktorami, doskonałymi odtwórcami swoich ról ograniczonych do pokazywania swojej siły i uporu. Nie chodzi o to, żeby pozwalać ludziom wejść na nasze barki i zniszczyć nasze plany i chęci, ale chodzi o to żeby umieć odczuwać. Żeby być w tym życiu, okazywać swoje emocje, słabości, rozmawiać o wątpliwościach z ludźmi, którym możemy ufać.
A smutek? Zdarza się. To najlepszy moment, żeby siąść i zastanowić się nad sobą. Nad tym dniem, kolejnym. Nad tym, czy nie brodzimy w gównie po pachy. I czy nie warto tego zmienić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
