czwartek, 26 kwietnia 2018

(2)

Od publikacji ostatniej notki na blogu minęło prawie 2,5 roku. Niesamowite. Patrząc na to wszystko z perspektywy dnia dzisiejszego, nie mogę pozbyć się wrażenia gigantycznej przepaści, która powstała pomiędzy światami z roku 2016 i 2018. Trochę jakbym patrzyła na zdjęcia odbudowanego miasta z zupełnie innym pomysłem na zaprojektowanie przestrzeni i infrastruktury, która, bądź co bądź, jest krokiem do usprawnienia jego działania.

Z perspektywy czasu mogę też stwierdzić, że to u mnie całkiem typowe. W momencie, kiedy zaczynam nowe rzeczy, po upływie czasu rozpraszam się i pozostawiam je samym sobie. Popełniłam ten błąd już tyle razy, że oglądając się w którąkolwiek ze stron, z oddali widzę gruzy porzuconych marzeń i niedomkniętych projektów. Myślę, że może to wynikać z mojej wciąż kulejącej podzielności uwagi i problemu z podzieleniem weny i chęci tworzenia na kilka dziedzin. Cieszę się, że jedna (najważniejsza) z nich jest wpisana tak głęboko w mój organizm, że nie potrafię się od niej odciąć.

Wracając do tematu - czy zastanawialiście się kiedyś, jak dużo może zmienić się w Waszym życiu przez dwa lata? Teoretycznie nie jest to czas bardzo odległy, więc możemy przynajmniej spróbować wyobrazić sobie, gdzie będziemy się za te przykładowe dwa lata znajdowali. Jeden powie - zrobię karierę, drugi - zbuduję dom i stworzę rodzinę, a trzeci nie powie nic i kolejne dwie godziny ze swojego czasu bieżącego poświęci na rozmyślanie o tym (trochę jakby ja, ale już nie do końca).

Mówiąc zupełnie nieobiektywnie i w zupełności na swoim przykładzie mogę skomentować to tak: jeżeli miałabym hipotetycznie określić moje miejsce w świecie i muzycznej społeczności dziś, byłoby to bardzo dalekie od rzeczywistości. Przede wszystkim ilość przebytej drogi, zarówno jeśli chodzi o próbę wyjścia do kogoś ze swoim kapitałem, jak i o dalszą realizację. W skrócie: jeżeli byście mi powiedzieli, co w moim życiu działo się będzie w kwietniu 2018 roku, to bym Was wyśmiała. I to tak hardo.

Dokładne planowanie kierunku podróży nie ma sensu. Czasami musimy pozwolić, żeby nasze nogi poniosły nas same w kierunku, który jest naszym kierunkiem.



wtorek, 23 lutego 2016

Czasami czas przepływa mi przez palce tak szybko, że zanim zdążę się zorientować, który mamy dzień tygodnia, on już zaczyna się zapętlać. Jest już następna środa, następny poniedziałek, a ja nadal jestem w tym samym miejscu i nie mam ochoty robić kroku w przód. Nie lubię grać w życie wbrew sobie, dlatego w momencie, gdy marazm wypełnia je całe, pozwalam mu nim rządzić. To on robi śniadanie (albo i nie), parzy poranną kawę i wypala papierosa, który ma za zadanie pobudzić zmęczone komórki do życia (no i chyba nie muszę dodawać, że zazwyczaj ta metoda nie dziala w ogóle, lub działa bardzo miernie).

Jestem trochę obok. Obok społeczeństwa, obok marzeń i pragnień typowego człowieka. Obok mediów. Nie staram się nawet udawać osoby, która chciałaby mieć pracę w korporacji, w której mogłaby piąć się po szczeblach kariery i budować fundamenty na przyszłość swojej rodziny. Staram się nie postrzegać życia czyimiś oczami. Droga, którą postanowiłam obrać w życiu jest moim autorskim pomysłem na wędrówkę - nie omijam najbardziej niebezpiecznych wąwozów, najbardziej zaskakujących fragmentów na mapie, oraz miejsc, które dla większości osób są bezsensownymi przystankami pośrodku nicości.

Tak swoją drogą, to naprawdę lubię nicość. W nicości jest spokój. Miejsce na powolne myślenie i egzaltowanie się rzeczami, które na co dzień są tylko puzlami w układance.


piątek, 5 lutego 2016

Czasami tak jest, że sami się spalamy.

Wstajemy rano, podnosimy głowę i nagle uświadamiamy sobie, że ten dzień będzie naprawdę ciężki. Że w kwestii cierpienia, rejonów, których nie znamy, zostało niewiele, a i tak zostajemy postawieni przed kolejną próbą. Kolejny raz dzień zsyła na nas bezmoc, z którą nawet nie ma sensu walczyć. 

Smutek nie jest piętnem. Trzeba się umieć smucić. Wypracowanie tej umiejętności często zajmuje szmat czasu, tak jak umiejętność przyjmowania ciosów prosto w, i tak poranioną wcześniej, twarz. Chętnie byśmy się odwrócili, uciekli od możliwej porażki, automatycznie wykluczając możliwość nabycia kolejnych blizn. Blizny są potrzebne. Tak samo jak smutek. Nie możemy wiecznie zachowywać się jak rozbawieni gimnazjaliści, których w okresie dojrzewania bawi byle gówno. Jak laleczki w teatrze życia. Na ich twarzach namalowany jest idealny uśmiech. Piękny widok, ale nie ma nic wspólnego z prawdą. A to o prawdę w życiu chodzi.

Musisz czasami dostać od życia w ryj, żeby potem pozbierać się i mieć dwa razy więcej siły. Musisz czuć, rozumieć, przeżywać. Musisz się smucić. Jesteśmy ludźmi, mamy mózgi i swoje odczucia. Nie warto zakładać na swoją twarz maski uśmiechniętego kretyna. Ze smutkiem można się oswoić, nauczyć funkcjonować z nim, przebywać w jego towarzystwie. 

Nasze otoczenie wywiera na nas presje. Musimy udawać ludzi silnych, niezależnych; takich, których nic nie jest w stanie złamać. Stajemy się aktorami, doskonałymi odtwórcami swoich ról ograniczonych do pokazywania swojej siły i uporu. Nie chodzi o to, żeby pozwalać ludziom wejść na nasze barki i zniszczyć nasze plany i chęci, ale chodzi o to żeby umieć odczuwać. Żeby być w tym życiu, okazywać swoje emocje, słabości, rozmawiać o wątpliwościach z ludźmi, którym możemy ufać.

A smutek? Zdarza się. To najlepszy moment, żeby siąść i zastanowić się nad sobą. Nad tym dniem, kolejnym. Nad tym, czy nie brodzimy w gównie po pachy. I czy nie warto tego zmienić.






piątek, 14 sierpnia 2015

No, kawał czasu minął od ostatniej notki... Czas więc napisać coś nowego. Chyba powinnam trochę podsumować ostatnie dwa miesiące, w których miałam w końcu czas dla siebie.

Po skończonych egzaminach zaczęłam nadrabiać kontakty z moimi znajomymi, których trochę zaniedbałam przez focusowanie się na nauce. Potem był czas lekkiej przerwy, chillu i próby ustawienia swoich priorytetów na wakacje. Potem był czas... niczego. Nastała wielka nicość, która trwała i trwała - jakbym zapadła w letarg, sen zimowy, czy jakby opętał mnie jakiś demon lenistwa i nieróbstwa. Tak naprawdę muszę podsumować te wakacje szczerze - zmarnowałam tyle czasu, że jestem pod wrażeniem swojego talentu do marnowania swojego życia.

Nadszedł dzień, w którym wstałam z bólem głowy i wkurwieniem na samą siebie ("dlaczego znowu siedziałam do 3?!") i zadałam sobie ważne pytanie - czy moje życie mi odpowiada? Czy to nie jest czasem ten moment, w którym warto coś zmienić?

Odpowiedź była oczywista - czas na zmiany.

Nie wiem, czy nadal będę prowadzić bloga, a najprościej mówiąc zastanawiam się, czy nie zmieni się w coś nieco innego. Chciałabym chyba zmienić (czytaj - rozszerzyć) jego tematykę. Nie wiem, czy nie będę się brać za coś nowego. W moim życiu niedługo będzie dużo wolnego czasu i miejsca na szaleństwa i nowości, więc myślę o prowadzeniu nowej działalności internetowej. Na razie nie będę dokładnie dzielić się moimi planami, ale przyjdzie na to pora. Chciałabym też wrócić do fotografowania i zacząć (w końcu) robić muzę. Plany i zapały wielkie, a co z tego wyjdzie - zobaczymy. 

piątek, 5 czerwca 2015

Krótka rozprawa o miłości

Nie rozumiem ludzi.

Moja notka - ze względów wiadomych - będzie napisana z perspektywy kobiety. Ba, kobiety, która jest singielką z wyboru. Nie szuka faceta, nie chce być w związku. Żyje ze sobą w zgodzie, jest jej tak dobrze i nie zamieniłaby swojego życia na żadne inne. Ponad to jest nieco sfrustrowana upadkiem swoich ideałów, które do tej pory wydawały jej się żelazne i całkowicie uzasadnione.

Z pewnego punktu widzenia można stwierdzić, że jestem frustratką. Starą panną, która jest sfrustrowana zachowaniem innych ludzi. Pomimo, że jesteśmy zbudowani bardzo podobnie, nie jestem w stanie zrozumieć pewnych mechanizmów; zachowań, które przyprawiają mnie o mdłości.

Dlaczego ludzie są razem?

Jest parę odpowiedzi, które wydają się sensowne. Kieruje nimi miłość - a raczej hormony, które rzekomo wydzielają się w ludzkim mózgu pod wpływem zakochania. Jak powszechnie wiadomo, ludzie zakochani nie myślą racjonalnie. Nie widzą wad swojej drugiej połówki, nie zauważają toksycznych zachowań swojego partnera. To jest całkowicie zrozumiałe.

Każdy z nas ma jednak jakieś kryteria, którymi kieruje się przy wyborze drugiej osoby. Czasami są to kwestie zewnętrzne - wygląd, styl ubierania, sposób zachowania, pieniądze. Czasami patrzymy na czyjeś wnętrze - inteligencje, poglądy, ideały.

Lecz dlaczego, do cholery jasnej, większość facetów mówi "wygląd nie jest istotny, liczy się co dziewczyna ma w głowie, jej sposób myślenia, podobne poczucie humoru"? Dlaczego potem zaczynacie spotykać się z wysokimi, długonogimi laskami, które nie mają zbyt wiele do powiedzenia - za to mają do zaoferowania pełny portfel i średnio urodziwą twarz (no i zawsze rozchylone usta i nogi)? Dlaczego próbujecie kreować się na rycerzy na białym koniu, a jesteście tylko marnymi kopiami własnych, udawanych ideałów?

Mówienie o poszukiwaniu inteligentnych kobiet stało się modne. Niestety, z autopsji mogę stwierdzić, że w kwestiach damsko-męskich inteligencja często staje się przywarą, a nie zaletą. W obserwowaniu ludzi jest podobnie. Można więcej zrozumieć, ale czasami ogarnianie tego świata staje się męczące.

"Żeby mieć po­wodze­nie w życiu ko­bieta win­na być na ty­le wyk­ształco­na, 
żeby przy­ciągać głupich mężczyzn i na ty­le wul­garna, by ku­sić inteligentnych."
                                                     (Jeanne Moreau)

piątek, 22 maja 2015

Ostatnio nie mogę się poskładać do kupy. Czuję się jakby kawałki mnie leżały niechlujnie porozrzucane po wszystkich najciemniejszych kątach mojego mieszkania. Nie pisałam, bo nie chciałam pisać o niczym. Po co mam otwierać nowe okienko na notkę, skoro nie mam nic do powiedzenia?

Poprzedni miesiąc, tak jak i kolejny, zapowiadał się lepiej, niż w rzeczywistości wyglądał. Mój mózg chce poruszyć zdecydowanie za wiele kwestii w jednym momencie. Chciałabym czasami móc wyzwolić się od myślenia - zająć się prawdziwym problemem, jakim jest niedosłodzona kawa, a porzucić myślenie na całkiem poważne i całkiem ważne tematy.

Czas otrząsnąć się z życiowego letargu i wrócić tutaj z pełnym impetem. Zająć się wszystkim, tylko nie tym, co powinnam zrobić w pierwszej kolejności. Czyli blogiem.


niedziela, 19 kwietnia 2015

Kolejny dzień mija jak każdy inny. Wstaję, robię sobie kawę, siadam do komputera. Odpalam facebooka. Sprawdzam, co ominęło mnie w kolejny piątkowy wieczór. Po raz kolejny spędziłam go przed telewizorem, trzymając w ręce piwo i jedząc przesolony popcorn. Moje wieczory zazwyczaj tak wyglądają. Niektórzy powiedzieliby - jesteś nudna. Może jestem nudna, ale lubię swoje życie. Jestem zmęczona całym swoim jestestwem, dniami spędzonymi pośród ludzi. Chcę odpocząć, złapać oddech. Zrobić coś dla siebie. Nadrobić zaległości filmowe, przeczytać gazety odłożone na potem. Chcę spróbować znaleźć swoją wewnętrzną stabilizację, odnaleźć sposób na utrzymanie równowagi na tej cienkiej linie życia.

Cały czas uczę się słuchać, być, egzystować i tolerować drugiego człowieka. Dawać komuś poczucie zrozumienia. Nie jestem osobą, która takie umiejętności dostała w pakiecie startowym życia (bardziej określiłabym się jako zupełnie nieprzystosowaną społecznie). Bardzo cenię swoją niezależność. Nie lubię kiedy ktoś próbuje wymóc na mnie cokolwiek. Lubię móc zrobić to, na co mam w danej chwili ochotę, bez patrzenia na czyjeś zdanie. Niestety niewielu ludzi potrafi to zrozumieć i się do tego zastosować. Ludzie lubią wchodzić w czyjeś życie z butami, próbować na siłę kogoś umoralniać i dawać mu "cenne" wskazówki.

Nie chodzi też o to, że nie lubię ludzi. Owszem, lubię, ale w odpowiednich ilościach. Każde dłuższe spotkanie kończy się wewnętrznym balansowaniem i niechęcią do wychodzenia z domu przez parę kolejnych dni. Taka jestem. Ludzie, którzy są mi bardzo bliscy, mogą być przy mnie bardziej i więcej, chociaż nigdy nie jest to całkowita obecność - zawsze zostaje ten margines, który jest moją świątynią samotności.

Często ludzie są przeze mnie podświadomie odsuwani, czasami bez wyraźnej przyczyny. Po prostu czuję, że jakaś znajomość może zostawić na moim ciele blizny, których nie sposób się pozbyć. Lubię być otoczona przez ludzi, którzy potrafią zrozumieć moje dziwactwa. Mogę do nich zadzwonić o 4 nad ranem i powiedzieć "kochanie, nie radzę sobie" i wiem, że nadal będą po drugiej stronie telefonu.

Najważniejsze to w całym swoim dziwactwie odnaleźć swój spokój, równowagę i sposób na utrzymanie złych emocji na wodzy. Być sobą pośród ludzi, którym poświęcamy swój wolny czas. Jeżeli chcemy zostać sami i zadbać o siebie - zróbmy to.