sobota, 4 kwietnia 2015

Tydzień minął zadecydowanie zbyt szybko. Wczoraj spróbowałam spakować całe swoje przenośne życie do walizki i wróciłam do rodzinnego domu. Jak zwykle - przywitała mnie cisza, spokój i kot ocierający się o moje nogi. 

Zawsze, gdy wracam w rodzinne strony, mam wrażenie, jakby tutaj ludzie byli zupełnie z innej gliny. Pierwsza rzecz, na którą zawsze zwracam uwagę, to prędkość, z którą się poruszają (a właściwie jej brak). Patrząc na nich, mam wrażenie, że w porównaniu z mieszkańcami Warszawy są bardzo mało zestresowani. Życie tutaj toczy się zdecydowanie, ale o wiele wolniej. Ponad to, bardzo wcześnie umiera - miasto koło 20 kładzie się spać i przerywa stan uśpienia dopiero przed 7 rano.

Dlaczego w takim razie Warszawa mi pasuje, skoro wychowałam się w małym, spokojnym mieście? Może dlatego że tutaj zawsze mi czegoś brakowało. Chciałam żyć dynamicznie, marzyłam o wielkiej karierze fotografa, sesjach dla agencji i różnych znanych gazet. Chciałam być jedną z osób sukcesu, bywać, poznawać mnóstwo ludzi i mieć w końcu ciekawe życie. Ciekawe życie, hm. Patrząc na mój obecny typowy plan dnia mogę stwierdzić - nic z tego nie wyszło. Nie mam czasu na fotografię, na poznawanie ludzi, ani tym bardziej na bywanie w modnych klubach częściej niż raz w miesiącu. Nadal natomiast mam nadzieję, że już niedługo to się zmieni i będę mogła czerpać z uroków Warszawy pełnymi garściami. Uwielbiam wracać do domu, ale nie na długo - odpocząć, naładować akumulatory i wrócić do życia na wysokich obrotach. Wtedy czuję, że żyję.




1 komentarz:

  1. Każdy szuka swojego miejsca na ziemi. Dom rodzinny może być tylko przystankiem :*

    OdpowiedzUsuń